Za nami czwartkowa seria gier, w której prawdziwą sensacją zakończyło się spotkanie Sharksów z DSGSA. Tempa nie zwalnia za to Volley Gdańsk, który rozbił wczoraj Flotę i jest już bardzo blisko awansu do elity. Zapraszamy na podsumowanie!

Sharks – DSGSA 2-1 (21-14; 21-13; 9-21)

Jeszcze do niedawna drużyna DSGSA była krytykowana za to, że nie wygrywa spotkań za komplet punktów. Cóż – w czwartkowy wieczór team w bordowych strojach chciałby mieć takie problemy. Zacznijmy jednak od początku. W obecnej kampanii 'Bordowi’ prezentowali się zdecydowanie lepiej od 'Rekinów’ i uznaliśmy, że rewanż za poprzednie spotkanie, do którego doszło jeszcze w czwartej lidze, jest tylko formalnością. Ba – byliśmy tak pewni wygranej DSGSA, że postawiliśmy nawet na to, że zgarną oni komplet punktów. Początek spotkania błyskawicznie ostudził jednak gorące głowy niepokonanej jak do tej pory drużyny. Po bardzo dobrej grze w obronie i z kontry 'Rekinów’ oraz ogromnej liczbie błędów DSGSA 'underdog’ spotkania wysunął się na prowadzenie 12-7. Kiedy po chwili dwoma punktami popisał się Grzegorz Woś, stało się jasne, która z drużyn wygra premierową odsłonę (21-14). Już początek drugiego seta pokazał, że to co oglądaliśmy w premierowej partii nie było dziełem przypadku. Sharksi od początku seta, jak gdyby nigdy nic, parli dalej po swoje i wysunęli się na prowadzenie 14-9. W dalszej części faworyt meczu nie był w stanie realnie zagrozić ekipie z dołu ligowej tabeli i finalnie przegrał tę partię do 13. Rozwinięcie nazwy drużyny w czwartkowy wieczór? Dramat Stypa Gówno Sabotaż Amatorszczyzna. Serio – to było najsłabsze spotkanie drużyny w historii ligi. Oczywiście gra się tak jak przeciwnik pozwala i tu Sharksom należą się brawa. Jeszcze niedawno dawaliśmy im bilet do czwartej ligi, a dziś są poważnym kandydatem do miana drużyny tygodnia. Trzeci set to jednak partia, w której 'Rekiny’ nie zdołały pójść za ciosem i po świetnej zagrywce Kamila Dobosza stało się jasne, że w meczu dojdzie do podziału punktów (21-9).

Złomowiec Gdańsk – Hydra Volleyball Team 1-2 (13-21; 21-19; 15-21)

No dobra – nic już z tego nie będzie. O ile do czwartkowego wieczoru Złomowiec mógł liczyć na to, że na samym finiszu ligi zdołają się wykaraskać ze swoich problemów i jakimś cudem przegonić dwunastą drużynę ligi, żeby uniknąć barażu, tak dziś już wiadomo, że to się nie wydarzy. Aktualnie, biorąc pod uwagę poprzedni sezon, Złomowiec ma na swoim koncie koszmarną serię dwunastu porażek z rzędu. Po czwartkowym meczu do miejsca bezpiecznego utrzymania tracą już pięć oczek, przy czym trzeba zauważyć, że rozegrali oni o jedno spotkanie więcej od drużyny, która ich w tej tabeli wyprzedza. No nie ma opcji. Takiego zwrotu akcji nie widzieliśmy jeszcze nigdy. To oczywiście doskonała wiadomość dla Hydry, która w meczu o sześć punktów zapewniła sobie utrzymanie w drugiej lidze. Ok – niby potrzebują jeszcze 1-2 punktów, ale biorąc pod uwagę to, jak im ostatnio idzie, nie może się nie udać. Przechodząc jednak do meczu – Hydra wykorzystała w pierwszym secie problemy jednego z przyjmujących i wysunęła się na prowadzenie 14-9. W dalszej części seta Złomowiec nie był już w stanie nawiązać walki i w konsekwencji przegrał tę partię do 13. Widoczny zryw zespół Witolda Klimasa zaprezentował w środkowej odsłonie, którą rozpoczął od prowadzenia 11-7. Choć z czasem Hydra podjęła jeszcze rękawicę, ostatnie słowo należało do niedawnych brązowych medalistów drugiej ligi (21-19). Finałowa partia to set, w którym Złomowiec 'wrócił do ustawień fabrycznych’ z obecnego sezonu. Precyzując – był cieniem samych siebie z przeszłości. Niby ludzie ci sami, ale gra, mental, radość, zabawa na zupełnie innym – smutniejszym pułapie. Oj, zastanawiamy się, gdzie będzie i czy w ogóle Złomowiec za pół roku. Nie ukrywamy – bardzo przykro się na to patrzy. To oczywiście nie jest zmartwienie 'Bestii’, która wygrywa czwarte spotkanie w sezonie i jest już o włos od bezpiecznego utrzymania, brawo!

Only Spikes – ACTIVNI Gdańsk 3-0 (21-12; 21-17; 21-16)

Układ sił w czwartej lidze zmienił się już dawno temu. Niegdyś to ACTIVNI byli zdecydowanie mocniejszą drużyną od ekipy Only Spikes. Kiedy jedni notowali jednak regres z miesiąca na miesiąc, ci drudzy ostro trenowali. W konsekwencji już w minionym sezonie zespół Patryka Łabędzia znalazł się przed ACTIVNYMI w ligowej tabeli, co sporo osób uznało wówczas za pewną niespodziankę. Dziś o niespodziance nie było już mowy, a zdecydowana większość typerów wskazywała na drużynę w żółtych trykotach. Z łatką faworyta gracze Only Spikes poradzili sobie wybornie, bo już od początku spotkania narzucili rywalom swoje warunki gry i w konsekwencji wysunęli się na prowadzenie 11-5. Warto przy tym zaznaczyć, że już wtedy byliśmy świadkami festiwalu błędów w wykonaniu ACTIVNYCH, a jak się później okazało – to był dopiero początek. Rany, co to był za koszmar, co to była za indolencja. Serio – może zamiast 'cudować’, warto po prostu przebijać piłkę na drugą stronę siatki, licząc na to, że to rywal się pomyli (21-12)? W drugim secie zespół Artura Kurkowskiego prezentował się już nieco lepiej. Ba – na półmetku seta mieli nawet swoje pięć minut, gdzie nie popełniali błędów i prowadzili z rywalem wyrównaną grę. Jak się po chwili okazało – to tylko tak dla niepoznaki. Im dalej w las, tym gorzej, a dzisiejsze realia Inter Marine SL3 są takie, że takich leszczy Only Spikes po prostu bije. Choć trudno to sobie wyobrazić, zespół Artura Kurkowskiego pod koniec drugiego seta miał już… 21 błędów. No wiecie – wydaje nam się, że w taki sposób to się raczej wygrać nie da (21-17). Finałowa partia to etap, w którym ACTIVNI dobili do… trzydziestu błędów XDDDD. Dobra – nie chcemy umniejszać Only Spikes, oni sami byli kiedyś taką drużyną, ale w odróżnieniu od rywali robią progres, zamiast być słabszym z każdym kolejnym meczem. Niebywałe (21-16).

Flota TGD Team – MiszMasz 2-1 (22-20; 28-30; 21-18)

Dobra, bo to przestaje się robić śmieszne. Kilkanaście dni temu po jednym ze spotkań MiszMaszu zaczęliśmy się zastanawiać, czy da się utrzymać w trzeciej lidze, notując wyłącznie przegrane w stosunku 1-2. Wówczas nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy z tego, jak bardzo poważnie podeszli do tego wyzwania gracze Rafała Wróblewskiego. Pisząc jednak zupełnie serio – jest wręcz nieprawdopodobne, ile pecha mają w obecnej kampanii gracze MiszMaszu. Zazwyczaj bywa bowiem tak, że to się rozkłada 50-50. Raz się uda, raz się nie uda. Prawie nigdy nie jest tak, że słońce świeci wyłącznie na dom sąsiada, a u nas ciągle pada deszcz. Prawie – bo możesz grać w MiszMaszu. Wówczas działasz jak magnes i ściągasz na siebie kłopoty. Szanse na zwycięstwo zespół w zielonych strojach miał już w premierowej odsłonie, w której prowadził od samego początku aż do końcówki. Niestety – jak się prowadzi 19-16, a finalnie przegrywa 20-22, to musisz się liczyć z tym, że możesz mieć problemy z utrzymaniem. Ku naszemu zaskoczeniu w drugim, bardzo długim secie sytuacja się odwróciła i finalnie MiszMasz w siódmej piłce setowej zdołał wygrać partię do 28. Wówczas przypomniało nam się jednak, że to przecież był pewniak – jeden punkt zdobywają zawsze. W trzecim secie już tyle szczęścia nie mieli, a po wyrównanym secie, który doprowadził nas do remisu 18-18, końcówka należała do Floty TGD Team, która po dwóch punktach w czwartkowy wieczór ma już dwanaście oczek i jest o włos od zapewnienia sobie utrzymania. W naszym odczuciu – będzie dobrze.

Flota Active Team – Volley Gdańsk 0-3 (15-21; 12-21; 19-21)

Wychodzi na to, że Flota Active Team nienawidzi wiosny. Ostatnia udana wiosenna kampania 'Flociarzy’ datowana jest na 2023 r. Wówczas udało się im nawet awansować do elity. Kolejne dwie wiosenne edycje to spadek z pierwszej ligi, a następnie… niemal spadek z drugiej ligi. Ostatecznie Flocie udało się utrzymać. W ostatnim sezonie – rzecz jasna jesiennym – Flota zajęła wysokie trzecie miejsce i w obecnej kampanii miało być co najmniej równie dobrze. Dziś wiemy, że nie będzie, bo Flota po ośmiu pełnych tygodniach rozgrywek plasuje się na dziesiątym miejscu w tabeli. Owszem – na otarcie łez 'Flociarze’ mogą mówić, że inni rozegrali więcej spotkań, ale prawdę mówiąc to nawet nie przystoi o tym wspominać. No szanowni Państwo – nie wygląda to zbyt dobrze, a czwartkowy wieczór uwypuklił problemy drużyny, których nie brakuje. Już w pierwszym secie rywalizacji lider drugiej ligi pokazał, że jest dziś o wiele mocniejszą drużyną od swoich rywali. Po punktach skrzydłowych – Illi Yenoshyna oraz Wojciecha Ingielewicza – 'żółto-czarni’ wysunęli się na prowadzenie 16-12 i po chwili cieszyli się z pierwszego punktu w meczu (21-15). Flota w drugim secie? Bez pomysłu, bez wiary, bez przyjęcia, bez rozegrania, bez ataku. Do cholery – bez sensu i beznadziejnie. Nie no, bez jaj – dobrze, że oni nie awansują do tej pierwszej ligi, bo to aż byłby strach, że rywale zrobią im krzywdę. Wiecie – każdy musi walczyć w swojej wadze, a Flota dziś walczy w kategorii słomkowej. Bolesnym policzkiem dla drużyny może być również to, że na tle Volleya dużo lepiej zaprezentowała się przedwczoraj ekipa BL Volley. Ojojoj. Kłopoty. Szansę na zachowanie twarzy Flota miała w trzecim secie rywalizacji, ale jak możecie się domyślić – nic z tego nie wyszło. Dzięki wygranej za komplet punktów Volley umocnił się na samym szczycie ligowej układanki i dziś jest o krok od elity. Lubią wracać tam gdzie byli już.

Siatkersi – Craftvena 0-3 (15-21; 18-21; 14-21)

Siatkersom nie pomogła ani zasłona dymna w postaci fejkowej zmiany kapitana, ani okolicznościowe vlepki, ani powrót na protokół Pani Agnieszki. Ba – mamy wrażenie, że w czwartkowy wieczór nie pomogłoby im absolutnie nic, bo na tle rozpędzonej Craftveny, Siatkersi wyglądali po prostu bardzo słabo. Oj, wiele sobie obiecywaliśmy po tym meczu. Już na początku Craftvena pokazała jednak, że wcale nie będzie to wyrównane spotkanie i po ataku Emiliano Achentiego wysunęła się na prowadzenie 10-5. Choć Siatkersom przez chwilę dobrze żarło, to błyskawicznie umarło. Zamiast doprowadzić do wyrównania, po chwili Craftvena prowadziła już 17-12 i był to koniec emocji w premierowej odsłonie (21-15). Środkowy set to naprzemienne prowadzenie Craftveny i doskok Siatkersów. Taka sytuacja nie trwała jednak wiecznie i po ataku dobrze dysponowanego w ostatnim czasie Jędrzeja Szadejko Craftvena zapewniła sobie drugi punkt w meczu. Choć brzmi to dziwnie, na osiem wygranych w obecnym sezonie spotkań Craftvena siedem razy wygrywała w stosunku 2-1. Biorąc to pod uwagę, istniało bardzo duże prawdopodobieństwo, że przegrają trzeciego seta. Prawda jest jednak taka, że aby tak się stało, musieliby się naprawdę napocić – wszystko za sprawą tego, że Siatkersi byli w czwartek po prostu słabo dysponowani. Już na początku seta 'Rzemieślnicy’ zorientowali się, że da się wygrywać za trzy punkty (12-7). Dalsza część to kontynuacja bardzo dobrej gry Craftveny i pewna wygrana do 14, a całego meczu 3-0. Aaa, no i na koniec – najlepszy gracz meczu? Krzysztof Lewandowski, ale tym razem to ten z Craftveny był górą.